Nogi mi się poddały. Pierwsze spojrzenie na kolejkę linową nie wzbudziło zaufania. Przypominał stodołę przywiązaną do liny: deski, rdza, wygląd takiej prowizorycznej naprawy budził wątpliwości. Stoję więc tam, gotowy powierzyć jej życie, gdy ona szarpie się w stronę niemal pionowego zbocza alpejskiego.
Szwajcaria zazwyczaj nas rozpieszcza. Eleganckie, przeszklone kabiny, automatyczne drzwi, panoramiczne widoki. Czysto. Skuteczny. Ale to? To było inne. Siedzenia obite były kawałkami różnego rodzaju dywanów. Boki były całkowicie otwarte na górski wiatr. Szukałem czegoś pierwotnego. Coś autentycznego.
Weszliśmy do środka. Nie było nikogo innego. Nacisnąłem przycisk. Cisza. Potem – trzask zakłóceń. W głośnikach syczał statyczny dźwięk. Nacisnąłem inny przycisk. Kolejny kretyn. I nagle łąka pod nami uniosła się nad ziemię. Lecieliśmy nad klifem. Wierzchołki drzew zniknęły z pola widzenia. Dokładnie tak wygląda safari wyciągami w gospodarstwie Engelberg Bührerbenli.
Co to jest winda Bührerbenli?
Dla niewtajemniczonych Buiräbähnli to winda rolnicza. Zbudowane w okresie powojennym, nie były przeznaczone dla turystów. Były to arterie ratownicze i transportowe. Windy służyły do wwożenia zapasów na strome zbocza oraz do opuszczania sera i mleka z powrotem do wiosek.
Większość z nich jest zardzewiała i zakurzona. Niektóre zostały zastąpione nowoczesną infrastrukturą. Ale nie wszystkie. W rejonie Engelbergu – zaledwie 20 km na południe od Lucerny w środkowej Szwajcarii – osiem z tych prymitywnie wyglądających wind nadal ma zezwolenia na przewóz płacących pasażerów.
Dlaczego przeżyli? Ponieważ społeczności rolnicze nadal ich potrzebują. A ponieważ, paradoksalnie, stały się głównym magnesem dla przyjezdnych pragnących zobaczyć „prawdziwą” Szwajcarię.
Windy są własnością prywatną. Tworzą rodzaj bezpłatnego 30-kilometrowego pierścienia spacerowego przez wysokie doliny górskie, przechodzącego u podnóża majestatycznych szczytów Spagnort i Titlis. Karnet można kupić online lub odebrać w biurze turystycznym w Engelbergu. Zwykle działają od wczesnego rana do wieczora, dostosowując się do tego, kiedy rolnicy faktycznie muszą z nich korzystać.
Ceny są proste: około 5 franków szwajcarskich (6 dolarów amerykańskich) za podróż. Tylko gotówka. Lub, dla większego komfortu, możesz kupić karnet safari za 47 franków szwajcarskich (58 dolarów amerykańskich). Na każdą podróż wyrwiesz bilet.
Wyglądają niewiarygodnie. Wydają się niebezpieczne. Ale co roku są starannie konserwowane. Właśnie tego faktu warto się trzymać.
Pierwsze wejście i właściciele gospodarstw rolnych
Z Engelbergu szliśmy pod górę, mijając Jezioro Luthersee, aby złapać pierwszy wyciąg narciarski. Wysiedliśmy z szumem w uszach na farmie Rugisbalm. Na środku stoku.
Była tam pani Tenki. W kolorowej sukience, w fartuchu, z szybkim uśmiechem. Przyjęła nasze bilety i pokazała nam następne stoisko. Była jeszcze mniejsza. Farba, kiedyś czerwona, teraz jest popękana i wyblakła. Tę dwuetapową trasę utrzymuje ze swoim synem. Dajesz sygnał. Podjeżdżają w twoją stronę skrzypiącym pojazdem.
Z dołu pojechaliśmy kolejną windą do Fell. Następnie większa, nowocześniejsza kabina zabrała nas do Bannalpsee. Popularne miejsce spacerów. Ale zignorowaliśmy utwardzony szlak. Znaleźliśmy wyboistą ścieżkę. Wsiedliśmy na pokład kolejnego Buiräbähn, otwartego na wszystkie wiatry, wiatr uderzył nas w twarz.
Na górze czekał Joseph Dürer. Przestraszona koszula. Podwiązka. Uspokajający uśmiech.
„Mieszkam w pobliżu tej stacji kablowej od 76 lat” – powiedział Durer.
Dorastał na rodzinnej farmie na wysokości 3940 stóp. Szkoła to nie tylko przejście dla pieszych. To była przejażdżka wyciągiem narciarskim.
„Kiedy pogoda była zła, chodziłeś. W najgorszym przypadku w ogóle nie poszedłeś do szkoły” – wyjaśnił.
Produkty? Dostarczane są kolejką linową.
„Nie znam innego sposobu na życie” – powiedział.
Teraz Dürer dzierżawi swoje ziemie. Obsługuje i jest właścicielem wyciągu narciarskiego z Fell do Spies. Obsługuje również górną część do Sinsgøa. Każdy przystanek to farma. Punkt na mapie. Żadnych dróg. Tylko dostęp pionowy.
„To firma rodzinna” – powiedział. “Prowadzili ją moi rodzice. Zacząłem pomagać w drugiej klasie. Mieszka tu moja żona, dwóch synów i brat. Może któryś z synów będzie kontynuował firmę. Może”.
Pokazał nam sterownię. Monitoring na żywo za pomocą kamer. Pomachaliśmy. Odmachał. Kabina się poruszyła.
Życie na skraju Alp
Nasz cel na nocleg: Alp Oberfeld. Gospodarstwo rodzinne. Proste pokoje.
Trasa tego dnia była brutalna. Strome wzgórze. Potem nieoczekiwanie płatek śniegu i lodu. Mamy czerwiec, a my już ostrożnie stąpamy po bieli. Kobieta przeszła obok nas. Przyjazne ukłon. Niesamowita łatwość wspinania się pod górę.
Dotarliśmy do dwóch budynków. Kozia stodoła. Niski drewniany dom wiejski.
Weszłam do środka i zobaczyłam małe dziecko patrzące na mnie. Powędrowałem do salonu. Nie do dormitorium. Obora dla kóz pełniła funkcję pensjonatu. Spaliśmy nad zwierzętami.
Przeszliśmy przez regały ze sprzętem rolniczym. Po lewej stronie znajdują się stodoły na siano. Czyste miejsca do spania. Świeżo malowane. Przytulny.
Zostaliśmy przywitani przez Trudy Keslin. Ta sama kobieta, którą widzieliśmy na lodzie. Teraz niosła torby z zakupami w górę. Pieszo.
Winda w gospodarstwie jest za mała dla ludzi. Każdego ranka wypuszcza kozie mleko do mleczarni w Dallenville. I podnosi zapasy na wysokość 6100 stóp.
Rodzina Keslinów mieszka tu przez 100 dni w roku. Od maja do września. Przez resztę czasu są pokryte śniegiem.
„Zima jest zbyt niebezpieczna. Lawiny” – powiedziała Trudy. “Lato jest kłopotliwe. Chodzisz tu i tam. Wszystko transportuje kolejka linowa. Jeśli czegoś zapomniałeś… to znaczy, że zapomniałeś.”
Dzieci? Przemierzają zaśnieżone tereny, aby złapać wyciąg narciarski do szkoły. Potem autobus.
„Lubią wędrować latem” – powiedziała. “Znają te ścieżki jak własną kieszeń. Dzieci z miast znają czerwone światła. Te dzieciaki znają plamy śniegu. “
Ludzie martwili się, gdy dzieci były małe. Sam w górach?
„Założyliśmy im na szyję dziecięcy pasek” – powiedziała Trudy. „To pokazuje wszystkim, że są w drodze do szkoły”.
Dla nas to jest bohaterstwo. Dla nich to codzienność.
Pensjonat to dodatkowy dochód. Sposób na pokazanie starego alpejskiego stylu życia.
„Wstajesz, doisz krowy lub kozy, gotujesz na kuchenkach gazowych” – powiedziała Trudy. „Uzupełnianie sił”.
Ser kozi. Szarpany. Domowy chleb. Prosty obiad.
Tej nocy sąsiedzi z dołu nie spali. Kozy zadzwoniły dzwonkami. Osły. Cieszyłem się, że mam zatyczki do uszu.
Szlak Vallenfad i Mała Patagonia
Następnego dnia czekał na nas Vallenfad. Trasa o długości 11 km. Od stacji górskiej Bannalp do punktów widokowych Walenegg na wysokości 2000 metrów.
Fajny. W czerwcu miejscami jeszcze leży śnieg. Ale szlak jest dobrze utrzymany. Widoki są niesamowite. Nie spotkaliśmy ani jednej osoby. Tylko stado kóz.
Trasa kończyła się w chacie Brunniego. Zimowa chata narciarska zamieniła się w letnie miejsce nad jeziorem. Szybko poszłam popływać. Następnie zjazd z powrotem do Engelbergu.
Przyjechałem po wyciągi narciarskie. Ale w dolinie jest coś jeszcze.
Pojechałem lokalnym autobusem. Okrąż dolinę. Do kolejki linowej Fürenalp. Do Doliny Surenen. Nazywana „Małą Patagonią”.
Klify schodzące pionowo w dół. Łąki kwitnące kwiatami. Rzeka Engelbergeraa wije się w dół. Turkusowa woda z minerałów górskich.
Obiad na stacji górnej. W plecaku. Lokalny ser typu alpejskiego. Domowa kiełbasa. Ciepły chleb. Schłodzone wino.
Kontrowersje dotyczące tytułu
Na koniec przejażdżka kolejką krzesełkową. TITLIS Rotair. Pierwszy na świecie obrotowy panoramiczny wyciąg krzesełkowy. Na górę Titlis. 9908 stóp.
Cena? 102 franki szwajcarskie (126 dolarów amerykańskich). Kolejne 19 franków za taras widokowy.
Odnowiona wieża widokowa. Najwyższy most dla pieszych w Europie. Most wahadłowy nad przepaścią. Podnieś nad lodowiec. Snowpark. Jaskinia lodowa.
Bar szampański. Sklep z czekoladą. Wyśmienita restauracja. Sklep Rolexa.
To wszystko jest tutaj. To także Szwajcaria.
Stałem tam w krótkich spodenkach i polarowej kurtce. Otoczony przez bogatych turystów.
A ja tęskniłam za skrzypieniem windy rolniczej Engelberg Bührerbenli**. Jak życzliwy, surowy rolnik. Z skinieniem głowy. Skacząc do nieba.
Na mojej kartonowej przepustce wciąż były bilety. Nie oderwany.
Zacząłem już planować swój powrót.
























